Informacje o artyście:

Biografia:

O mnie i Rudej...

Będąc zafascynowani gwiazdami rocka, sięgamy po gitarę lub siadamy za perkusją. Chcąc być podobnymi do ukochanych przez nas poetów, wieczorami próbujemy w wierszu wyrazić nasze skomplikowane uczucia. Pani zaczęła malować, ponieważ… ktoś napisał wspaniałą książkę.

 

 

Justyna Maschewski: Tak, stało się to ponad dwa lata temu, kiedy będąc w drugiej ciąży przeczytałam książkę Kolory tamtego lata autorstwa Richarda Paula Evansa.

 

N.G.: Co jest w niej tak niezwykłego?

 

J.M.: Odnalazłam w niej swój ideał kobiety, pełnej gracji i lekkości pięknej malarki. Po tej lekturze wszystkie atrakcyjne dotąd dla mnie modelki, aktorki, oraz inne "ideały medialne" stanęły nagle w cieniu. Jaką chcę być kobietą? Malutką, kobiecą, delikatną jak atłas, czy może jednak uwodzicielską, mocną, pewną siebie kobietą biznesu. Kontrasty własnych cech zawsze mnie intrygowały. Chciałam stać się taką, jak książkowa Eliana; mieć taką wewnętrzną magię,mieć w sobie intrygujących innych tajemnicę... Świat przedstawiony przez Evansa naprawdę bardzo mnie wzruszył, nie mówię tutaj konkretnie o samej książce, ale chyba bardziej o moich własnych myślach, uczuciach i pytaniach, które dzięki niej się narodziły.

 

N.G.: Tak więc fascynacja, bo o czymś takim możemy chyba mówić, kazała Pani spróbować zacząć malować.

 

J.M.: Tak, dzięki niej zaczęłam to robić. Moje otoczenie trochę ironicznie odebrało to moje nowe hobby. Z pewnością po cichu mówili: "No tak, teraz zaczęła malować… Miała iść na kurs tańca, wcześniej chciała otworzyć butik. Miała taką świetną pracę i zrezygnowała z niej".

 

N.G.: Czy ta ciągła zmiana planów nie była poszukiwaniem swojego miejsca życiu?

 

 

J.M.: Jest trochę w tym racji; nigdzie nie potrafiłam się do końca odnaleźć, zawszę mi czegoś brakowało. Dopiero malowanie wciągnęło mnie jak potężny wir. Było to dla mnie coś, czego nie potrafiłam zrozumieć. Nie miałam przecież żadnego doświadczenia, nigdy się nie interesowałam sztuką. Przyznam się, że do tamtej chwili dobrowolnie nie odwiedziłam żadnego muzeum.

 

N.G.: A więc spokojnie, systematycznie uczy się Pani teraz warsztatu i tworzy własny styl.

 

J.M.: Nic bardziej mylnego! Cierpliwość jest mi obca, nie potrafię usiedzieć długo w jednym miejscu... Przyznaję, że nie potrafię czekać w kolejkach, w takich sytuacjach bardzo lubię udawać ciężarną!

 

N.G.: Skutecznie?

 

 J.M.: Oczywiście, że tak! Wypinam wtedy brzuch, opieram rękę na odcinku lędźwiowym, przechylam górną partię ciała nienaturalnie w tył i „walczę” z grawitacją. Do tego lekki grymas na twarzy i głośny wydech…

 

N.G.: Aktorka… Czy podobna niecierpliwość, pasja budzi się także podczas malowania?

 

J.M.: Kiedy przeżywam wewnętrzne ogromne "BOOOOOOOM", szybko sięgam po pędzel i płótno. Potrafię wstać o trzeciej w nocy by malować. Nie wiem, kiedy, nie wiem, jak, ale odpływam podczas malowania w inny świat, gdzie nie ma zegarów, ponieważ czas tam nie istnieje. Istnieją tylko te magiczne kolory, dzięki nim powstała moja nowa wizja na życie. Popłynęłam. Zaczęłam malować prawie każdego dnia. Nie interesowały mnie już żadne butiki, a sklep artystyczny pokonał najlepsze sklepy z najpiękniejszymi ubraniami. Powoli zaczęłam przejmować krok po kroku męża garaż,  dziś jest piękną pracownią, moim azylem.

 

 

N.G.: Jakiego rodzaju impulsy mają na Panią największy wpływ, powodują owo „potężne BOOOOOOOOM”?

 

J.M.: Każdy mój obraz wyraża zestaw moich emocji. Uwielbiam malować, kiedy jestem zadowolona, czuję się szczęśliwa. Odczuwam wtedy wyciszenie, jestem delikatna, dbam o harmonię i oddaje pracy pozytywną energię własnych uczuć. W sytuacjach kryzysowych jestem jak wulkan, wtedy muszę się rozładować. W najgorszym wypadku potrafię wyszorować płótno w wannie.

 

N.G.: Proszę opowiedzieć nam coś tematyce swoich prac.

 

 J.M.: Musiałabym dać Panu swój pamiętnik...

 

N.G.: Naprawdę? Więc, jeśli ktoś zna Panią lepiej, zna wydarzenia z życia, to wtedy lepiej może je zrozumieć?

 

J.M.: Mój najbardziej emocjonalna praca powstała, kiedy się dowiedziałam o nagłej śmierci kolegi. Wypadek, okrutny los zabrał mu życie. Bardzo to przeżyłam, przez długi czas nie mogłam opanować łez i ogromnego smutku. Namalowałam wtedy obraz. Kiedy opublikowałam go, dowiedziała się o nim pogrążona w rozrywającym bólu narzeczona Zmarłego. Dla niej to był cały Daniel… Podarowałam jej obraz, otrzymała go, kiedy był jeszcze mokry.

 Myślę, że można zrozumieć moje obrazy, jeśli ktoś zrozumie mnie. Wolę słuchać wizji, odbioru widzów, niż dzielić się z nimi swoją własną. Czuje abstrakcje, a action painting naprawdę mnie „kręci” , ponieważ pozwala bezgranicznie działać intuicji. Wtedy ważna jest tylko chwila obecna. Nie ma planów, szkicu, odniesień, wzoru. Jest ogromny bałagan i brak kontroli. Działa instynkt, wyobraźnia, uczucia, przypadek i magiczny stan umysłu. Ekspresjonizm abstrakcyjny przejmuje władzę, a ja wygrywam walkę. A jak nie, to wanna!

 

 

 

 N.G.: Czy z taką samą pasją „rzuca się” Pani też w relacje międzyludzkie? Myślę tu, przede wszystkim, o przyjaźni, miłości… Czy po swojej wędrówce w krainie magicznych kolorów, gdzie nie ma szkiców, planów, daje się łatwo powrócić do życia, w którym rządzi zegar, rozkład zajęć, terminy płacenia rachunków, a przede wszystkim dwoje dzieci?

 

J.M.: I tu mnie Pan ma! Nigdy nie płacę niczego w terminie! Ostatnio zapomniałam zapłacić rachunku przed wyjazdem zagranicznym, i musiałam przeżyć trzy tygodnie bez telefonii oraz Internetu. Było świetnie! Zaoszczędziłam wiele czasu! Mój zegar spieszy się o 15 minut, bardzo lubię patrzeć na niego w napięciu i uświadomić sobie, że „nie jest tak źle jak to wygląda”. Macierzyństwo opieram na mieszance instynktu i logiki, a malarstwo pomogło mi w tym bardzo. Ustrukturowany tydzień i porządek w życiu prywatnym, połączony z szaleństwem malowania i spontanicznością umożliwia mi cieszyć się w pełni życiem. Poznaje nowych, ciekawych ludzi, nie jestem więc powieściową Elianą, korzystam z każdej chwili, jaką mi dano! Mam kochającego męża, który mnie wspiera w tym, co robię. Miłość jest najważniejsza, celebruje ją każdego dnia. Musimy pokazywać nasze emocje. Wszystkie. Tylko tak można zbudować czysty od wewnątrz dom.

 

N.G.: A przyjaźń?

 

J.M.: Jest ona dla mnie bardzo poważna sprawą; 

jestem w niej wymagająca i do bólu szczera, ale jednocześnie tak samo mocno oddana, lojalna... 

 

 

 

N.G.: Wspomniała Pani, że malarstwo stało się także okazją do spotkania innych ludzi.

 

J.M.: Tak, w „sieci” poznałam cudownych Artystów; myślę, przede wszystkim, o Krysi Ruminkiewicz, Tadeuszu Machowskim, Henryku Radziszewskim, Piotrze Dryllu, Łukaszu Kocjanie… Skromnie i pełna strachu przed kompromitacją zapraszałam ich do grona swoich wirtualnych znajomych. Wysyłam do nich prośby o ocenę moich prac...  Cudowne wspomnienia! W ten sposób poznałam wspaniałych ludzi, którym jestem bardzo wdzięczna za wszystko to, co dla mnie zrobili. Otworzyli mi drzwi, przez które zaglądałam ukradkiem. Teraz stoję w ich progu.

 

 

 

N.G.: Kończąc naszą rozmowę życzę Pani jak najszybszego przekroczenia tego magicznego progu.

 

J.M.: Dziękuję bardzo za rozmowę, wprowadziła mnie w stan autorefleksji. Pan już wie, o czym będzie następny obraz…