Beksiński Zdzisław
Bądź informowany o moich najnowszych obrazach: Zdzisław Beksiński udostępnij >

Informacje o artyście:

Biografia:

Ekskluzywny wywiad z Piotrem Dmochowskim marszandem i wieloletnim przyjacielem Zdzisława Beksińskiego


Agnieszka Chwiałkowska:
Powiedział Pan kiedyś, że zainteresował się sztuką już w liceum, a później chadzał w niedziele do Luwru, aby podziwiać dawnych mistrzów. Dlaczego więc postanowił Pan zainwestować akurat w Beksińskiego? Czy trudno było namówić Mistrza do współpracy?
Piotr Dmochowski:
Jeśli powiedziałem kiedyś, że sztuką interesowałem się już w liceum, to skłamałem. A do Luwru chodziłem co niedziela, bo w niedziele wejście było darmowe. Robiłem to raczej dla zabicia czasu niż z miłości do sztuki, bo przez pierwsze dwa lata pobytu w Paryżu bylem emigrantem bez pracy i bez środowiska.
A. Ch.:Beksiński Zdzisław 1
Z wykształcenia jest Pan prawnikiem. Czy ludzie, z którymi stykał się Pan w pracy nie byli zdziwieni, czym zajmuje się Pan po godzinach? Jak Pańska żona zareagowała na fascynację akurat twórczością Beksińskiego? Wiemy, że wspierała Pana w próbach popularyzacji sztuki Mistrza i że sama uległa hipnozie jego obrazów. Ale czy tak było od samego początku?
P.D.:
Nikt nie okazywał specjalnego zdziwienia, że stałem się marszandem i kolekcjonerem. Nie robiłem tego „po godzinach”, bo jako pracownik naukowy na uniwersytecie miałem wiele wolnego czasu. Moja praktyka adwokacka była też tak zorganizowana by mi go nie zabierać za dużo. Jeśli wiec „poświęcałem się” dla sztuki to tylko w tym że mniej pisałem prac naukowych niż powinienem, i że moja karierę naukową odłożyłem na bok przez wiele lat. Moja żona reagowała doskonale na moją fascynację twórczością Beksińskiego. Po prostu mamy prawie identyczne gusta i oboje tą fascynację od początku poczuliśmy.
A.Ch.:
Beksiński był samotnikiem, ale mimo całej izolacji od świata w jego życiu pojawili się ludzie tacy jak Pan, którzy potrafili przebić się przez obronną powłokę Mistrza. Co według Pan mogło ją wywołać? Dlaczego Beksiński aż tak stronił od ludzi? Przyzna Pan, że jest to nieco groteskowe biorąc pod uwagę, że mieszkał w Warszawskim mrówkowcu. Malował podświadome lęki i fascynację związaną ze śmiercią, z unicestwieniem, a co ze zniekształconym humanoidem, który nieustannie pojawia się na jego obrazach?
P.D.:
Nie trzeba było się przebijać przez „obronną powłokę” Mistrza, bo był to człowiek bardzo towarzyski, rozmowny i przyjaźnie nastawiony do ludzi, którzy chcieli z nim nawiązać kontakt. Beksiński wcale nie stronił od nich i kto chciał mógł do niego wpaść nawet, jeśli tylko „z polecenia” jakiegoś jego przyjaciela. Tak więc wiele osób, które poleciłem Beksińskiemu odwiedziło go i często nawet „wyszabrowało” od niego jakiś rysunek na pamiątkę. To czego on nie znosił, a za co niesłusznie nazywano go odludkiem, to wychodzenia z domu. Był domatorem. Poza tym nie lubił tłumu. W tłumie czuł się źle. Zniekształconego humanoida widzę tylko na jednym jego obrazie, tym, który nazywam „Wieczorem wigilijnym”. Beksiński lubił żart i persyflaż. Toteż nawet w poważnie namalowanym obrazie zdarzało mu się przez wiele lat (później robił to rzadziej, lecz nawet pod koniec życia nie przestał zupełnie) umieszczać jakiś detal, który miał wywołać uśmiech u odbiorcy. Stąd chyba ta głowa postaci na obrazie „Wieczoru wigilijnego”, który stał się logo muzeum Mistrza w Częstochowie.
Agnieszka Chwiałkowska:
Czy pamięta Pan, kiedy sprzedał pierwszy obraz Mistrza? Kto był jego kupcem?
Piotr Dmochowski:
Pamiętam doskonale komu pierwszemu sprzedałem obraz Zdzisława. Opisałem to szczegółowo w mojej książce „Zmagania o Beksińskiego”. Tak więc wspomnę tylko że nabywcą była malarka, żona irańskiego bankiera – Pani Afkami, która spotkała się z tym obrazem na jednym z salonów paryskich, na których ten obraz wystawiłem. Następną osobą był multimilioner – londyński Żyd polskiego pochodzenia, który zrobił zakup czterech obrazów raczej by sprawić przyjemność swojej młodej i ładnej kuzynce (która za pośrednictwo miała dostać ode mnie pewien procent ceny) niż z miłości do sztuki Beksińskiego lub ze znawstwa.
Agnieszka Chwiałkowska:
Po przeczytaniu udzielanych przez Pana wywiadów wyniosłam następujący wniosek – dla Piotra Dmochowskiego najważniejsze w sztuce są emocje. Dlaczego więc nie próbował Pan namówić Beksińskiego, aby więcej uwagi poświęcił sztuce rzeźbiarskiej?
Piotr Dmochowski:
Beksiński nie potrzebował zachęceń do rzeźbienia bo jak mówił „to chodzi mu stale po głowie”. Niestety nie miał po prostu na to miejsca. To jest brudna robota, która wymaga przestrzeni. Jego rzeźby z czasów abstrakcji były robione, gdy mieszkał jeszcze w Sanoku i miał duży dom, w którym mógł urządzić sobie prawdziwą pracownie. Rzeczywiście dla mnie najważniejsze są w sztuce emocje ale i warsztat. Te dwie rzeczy dominują w sztuce Beksińskiego i stąd między innymi moja nią fascynacja.
Beksiński Zdzisław 2
Agnieszka Chwiałkowska:
Czy Beksiński kiedykolwiek przypuszczał, że jego twórczość wywrze tak duży wpływ na następne
pokolenia artystów? Czy chociaż raz za życia powiedział, że poczuł się spełniony, jako artysta? Czy był jakiś rodzaj sławy, który chciał uzyskać?
Piotr Dmochowski:
Nie sadze by twórczość Beksińskiego wywarła szeroki wpływ na „następne pokolenia artystów”. Wielu młodych chciałoby nauczyć się od Niego warsztatu, bo tego nie wykłada się już na akademii i każdy musi się teraz sam tego nauczyć. Natomiast wyobraźni Beksińskiego nie ma nikt z obecnych twórców i chyba nikt (prócz fałszerzy) nie próbuje tak malować. Toteż nie można mówić o prawdziwym „wpływie”. Oni są, tak jak wielu zwykłych ludzi, zafascynowani tą twórczością, ale każdy z nich zdaje sobie sprawę, że tak jak on malować nie potrafi, bo to wymaga specyficznej wyobraźni. Nigdy Beksiński nie określał się, jako skończony czy nieskończony artysta. On bawił się malowaniem, pasjonował się tym. Ale tak naprawdę nie dbał o sławę ani o rozgłos. Jedyne, co chciał robić to bawić się w malowanie i rysowanie, bo tak mu w duszy grało. Oczywiście że nie było mu obojętne że w Polsce stał się sławny. Bo na to nikt nie jest obojętny. Ale przywiązywał do tego umiarkowana wagę. Głównie chodziło mu o zdanie jego

 

najbliższego otoczenia, jego przyjaciół i znajomych. Gdy mu na samym początku naiwnie zapowiedziałem że będę się starał go rozsławić w Paryżu , odpowiedział mi „Paryż? Kakaja głusz!”. Nigdy zresztą nie wierzył w światowa sławę, bo nie wiedział za swego życia jak potężna dźwignia stanie się Internet. Jeśli mu chodziło o uznanie to tylko w Polsce. Stąd nigdy nie angażował się w moje wysiłki promowania go w Paryżu. Raczej go to drażniło i jeśli się ze mną związał to nie dla sławy, a tylko dla pieniędzy. Chciał mieć spokój i nie być stale zmuszonym do uganiania się za klientami. Stąd potrzebny mu był agent. Ale ani na początku naszego układu ani później o nic innego mu nie chodziło niż o pieniądze.
Agnieszka Chwiałkowska:
Jakim jednym słowem określiłby Pan Zdzisława Beksińskiego?
Piotr Dmochowski:
Nie podejmuje się określić tak złożonej i tak niezwykłej postaci jednym słowem. To co o nim myślę dokładnie opisałem w mojej książce, w notatce zatytułowanej ”Portret Beksa 2”. Beksiński po przeczytaniu jej powiedział i napisał mi kilkukrotnie „Tak, to jestem ja. Takim jestem naprawdę”. Ale ja na to poświeciłem chyba z czterdzieści stron a nie jedno słowo.
Agnieszka Chwiałkowska:
Kurator/marszand (czy też osoba popularyzująca sztukę danego twórcy) to ktoś, bez kogo artysta tak naprawdę ma znikome szanse, aby zaistnieć, a mimo to, jest to jednak osoba, o której pamięta się przez chwilę. „Zmagania o Beksińskiego” są doskonałym literackim reportażem. Ale czy tylko? Czy tą książkę można odebrać również, jako próbę wyjścia Piotra Dmochowskiego z cienia mistrza?
Piotr Dmochowski:
Jak zwykle w tym pytaniu są co najmniej trzy nie mające ze sobą związku sformułowania. Odpowiem więc tylko na ostatnie : książkę napisałem bez określonego celu. Jedyne co mną kierowało to chęć utopienia w słowach moich lęków związanych z trudnościami jakie mnie osaczyły. W cieniu Beksińskiego nie bylem i nie jestem. Toteż pisząc moją książkę nie starałem się z niego wyjść. Bardzo niewielu ludzi w ogóle wie o moim istnieniu i widzę to w Internecie. Moje
nazwisko we wzmiankach o Beksińskim jest bardzo rzadko wspominane. Przyznać jednak muszę że, gdy Pani Zosia – żona Mistrza, kiedyś zapytała mnie, „Po co Pan to wszystko robi ?” Odpowiedziałem jej: „By wślizgnąć się do historii za plecami
Pani męża”. Na razie na pewno mi się to nie udało.
Agnieszka Chwiałkowska:
Czy myślał Pan kiedyś o tym, aby zająć się sztuką, ale od strony praktycznej? Gdyby wkroczył Pan teraz na drogę, którą podążał Beksa i postanowił zająć się twórczym aspektem malarstwa, nawiązującym oczywiście do jego twórczości co przedstawiłby Pan na płótnie? Czy jest coś, co wzbudza w Panu strach, a jednocześnie olbrzymie zainteresowanie?
Piotr Dmochowski:
Nigdy nie miałem uzdolnień artystycznych. Gdy byłem małym chłopcem, trochę rysowałem kopiując ryciny z książek. Na tym się moje talenty artystyczne wyczerpały. Czego żałuję. Ale tak jest również z innymi dziedzinami, w których też nie okazałem żadnych uzdolnień. Strach i zainteresowanie wzbudza we mnie bardzo prozaicznie starość i już niedaleka śmierć. Dokładnie tak samo jak u Mistrza.
Agnieszka Chwiałkowska:
Oprócz internetowej galerii posiada Pan własną kolekcję obrazów, m.in. Szajny, Starowieyskiego, Morawetz, Szurek i oczywiście Beksińskiego. Czy w tej galerii znajdzie się miejsce dla polskich twórców młodego pokolenia realizmu
magicznego?
Piotr Dmochowski:
Nie, nie ma w mojej kolekcji prac polskich artystów realizmu magicznego prócz dwóch obrazów – jednego namalowanego przez Pana Banacha (nie pamiętam jego imienia), a drugiego przez Pana Wieczorka. Mam kilkanaście dużych formatów francuskiego malarza, Michel ‘a Henrico, którego można by, naginając mocno to wyrażenie, nazwać ”magicznym realizmem”. Na ogół nie cierpię tego co określa się tym wyrażeniem, a co widuję na reprodukcjach, mimo że
technicznie jest to czasami poprawne. Nie sądzę żeby można było sprowadzić sztukę Mistrza do ”magicznego realizmu”. To, co nazywał się tym określeniem na ogół nie ma „duszy” i jest ”infantylne”. I z tego powodu zaliczanie Beksińskiego do tego nurtu jest moim zdaniem chybione.
Agnieszka Chwiałkowska:Beksiński Zdzisław 3
Czy teraz, kiedy nie wykłada Pan już na uniwersytecie, nie myślał Pan o powrocie do prowadzenia tradycyjnej galerii mieszczącej się w czterech ścianach?
Piotr Dmochowski:
Prowadzenie galerii sprzedajnej to okropna orka. Wymaga wiele nakładu pieniędzy i czasu, a na ogół nie przynosi żadnych zysków ani satysfakcji. Tylko nielicznym udaje się, jako tako utrzymać na powierzchni. Toteż ilekroć odwiedzam jakąś galerie to w duchu współczuje jej właścicielowi bo wiem jak się męczy. Nie, o galerii mi się nie marzy. Natomiast marzy mi się o muzeum dla Mistrza. Udało mi się takie małe muzeum stworzyć w Częstochowie z pomocą Pana dyrektora Tarczyńskiego. I obecnie staram się o stworzenia czegoś podobnego w Warszawie. Gdybym się to udało, uważałbym że osiągnąłem cel mego życia (lub przynajmniej moich ostatnich trzydziestu lat).
Agnieszka Chwiałkowska:
Czy dziś, z perspektywy czasu, z perspektywy tych wszystkich niesnasek, kłótni, sporów, ale i wieloletniej, serdecznej przyjaźni jest coś, za co szczególnie Piotr Dmochowski chciałby podziękować Zdzisławowi Beksińskiemu?
Piotr Dmochowski:
Beksińskiemu mogę być wdzięczny za to że walka o jego miejsce w Historii stała się moim naczelnym celem i pochłania mnie bez reszty. A w życiu dobrze jest mieć jakiś wyższy cel, do którego się dąży. Jak wspomniałem powyżej, nie miałem żadnych talentów ani artystycznych ani innych. Za to zdobyłem pasje, która mi daje podobne zadowolenie jak to, które musi odczuwać utalentowany twórca, gdy kreuje. Poza tym był to ogromnie fajny facet i moja z nim znajomość była źródłem wielu satysfakcji intelektualnych i towarzyskich, mimo że potrafiliśmy się ostro kłócić, a nawet nie odzywać się do siebie przez dłuższy czas.
Agnieszka Chwiałkowska:
Czy ma Pan z planach zorganizowanie w najbliższym czasie jakiejś przekrojowej wystawy mistrza w rodzinnym kraju?
Piotr Dmochowski:
Dwa czy trzy lata temu urządziłem duża wystawę 50 obrazów, 100 rysunków i 100 zdjęć artystycznych Beksińskiego w Domu plastyka, w Warszawie. Jak już wspomniałem, jestem w trakcie zabiegów o stworzenie w Warszawie stałej wystawy Mistrza. Zabiegi te trwaj już od trzech lat i może zaowocują w połowie 2015 roku… Jeśli wszystko pójdzie dobrze to już w początkach 2014 roku mamy podpisywać ”list intencyjny” w tej sprawie z Muzeum Historycznym miasta Warszawy. Miejscem wystawowym ma być Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Ale wole nic więcej nie pisać o tych planach, bo przede mną jeszcze wiele przeszkód do pokonania i wiele niepewności.
Agnieszka Chwiałkowska:
Serdecznie dziękuję za udzielenie odpowiedzi na moje pytania.

Beksiński Zdzisław 4

 

Biografia:

Zdzisław Beksiński urodził się w 24 lutego 1929 w Sanoku. Był polskim malarzem, który został zamordowany 21 lutego 2005 w Warszawie. Tworzył również rzeźby, rysunki oraz fotografie a także interesował sięgrafiką komputerową.  rzeźbiarz, fotograf, rysownik i artysta posługujący się grafiką komputerową.

Artysta uczęszczał do sanockiej szkoły handlowej Polnische Öffentliche Handelsschule w czasie II wojny światowej – potajemnie pobierał nauki również w gimnazjum przy okazji ucząc się gry na fortepianie. Wówczas uczył się także gry na fortepianie. Naukę w klasie o profilu matematyczno-fizycznym Gimnazjum Męskiego w Sanoku zakończył zdaną maturą w 1947 roku, a następnie rozpoczął studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Studiując na Politechnice Krakowskiej poznał Zofię Helenę Stankiewicz z którą wziął ślub 30 kwietnia 1951 roku. Po ukończeniu studiów w 1952 roku, mieszkał w Krakowie a następnie przeniósł się do Rzeszowa.

Zdzisław Beksiński pracował jako inspektor nadzoru budowlanego po czym wrócił do rodzinnego Sanoka wraz z żoną, gdzie w 1958 roku urodził mu się jedyny syn – Tomasz. W 1959 rozpoczął pracę jako stylista/plastyk w Dziale Głównego Konstruktora Sanockiej Fabryki Autobusów „Autosan”, założonej przez Mateusza Beksińskiego, pradziada artysty. Był autorem projektów stylistyki takich prototypowych autobusów i mikrobusów jak: SFW-1 Sanok, SFA-2, SFA-3, SFA-4 Alfa (1964) i SFA-21. Tworzone przez niego projekty wyróżniały się m.in. nowatorską stylizacją, przeszkleniem oraz wprowadzaniem rozwiązań ergonomicznych. W fabryce pracował na pół etatu ze względu na swoje pasje artystyczne czyli malarstwo, rzeźbę, fotografię oraz rysunek. Zaprojektował również wiszącą kładkę na Sanie, łączącą Sanok z jego drugą częścią miasta na prawym brzegu rzeki – po wybudowaniu w 1958 roku została zlikwidowana pod koniec lat 80 XX wieku. Zdzisław Beksiński w międzyczasie otrzymał również propozycję stypendium  Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, którą jednak odrzucił.

Artysta wraz z żoną zdecydował się w 1977 roku opuścić rodzinny Sanok po decyzji władz miasta o rozbiórce jego domu. Beksiński wraz z żoną i synem przenieśli się do Warszawy, gdzie zamieszkał w bloku przy ulicy Sonaty na Służewiu i mieszkał już do końca swoich dni. W mieszkaniu zamieszkała również matka artysty oraz matka jego żony a syn Tomasz zamieszkał w mieszkaniu nieopodal. Obie matki z powodu wieku i chorób wymagały opieki. Kobiety zmarły w mieszkaniu Beksińskiego a następnie zachorowała również żona artysty, która zmarła 8 maja 1998 roku. W grudniu 1999 roku, syn Z. Beksińskiego popełnił samobójstwo.

Zdzisław Beksiński został zamordowany w nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku w swoim mieszkaniu w Warszawie. Sprawcą okazał się 19-letni Robert K., który pracował od lat dla artysty razem ze swoją rodziną – zajmowali się sprzątaniem i drobnymi naprawami. Motywem zabójstwa miała być odmowna decyzja Beksińskiego w kwestii pożyczenia małej kwoty pieniędzy. Robert K. pchnął blisko 20 razy nożem malarza a następnie ze swoim młodszym kuzynem próbował zatuszować ślady. Ukradł również z domu artysty płyty CD oraz dwa aparaty fotograficzne. W 2006 roku Robert K. został skazany na 25 lat więzienia a jego młodszy kuzyn na 5 lat. Mimo składania apelacji przez sprawców, wyrok sądu został utrzymany i stał się prawomocny.