Wywiad z Anna Zacharzewską
Panom znana doskonale ze stopki Playboy'a, paniom - z Cosmopolitana, Shape'a czy Hot, Moda & Shopping. Na co dzień - dyrektor finansowa w grupie wydawniczej publikującej magazyny luksusowe, po godzinach - adeptka podyplomowej historii sztuki, czujna łowczyni młodych talentów i kolekcjonerka współczesnego malarstwa. Zainteresowana wszystkim, co może być uznane za sztukę: od fotograficznego aktu publikowanego w Playboy'u poprzez komiksową estetykę CKMu, grające główną rolę na modowych stronach Cosmo szpilki i niezwykłe architektonicznie destynacje Voyage'a aż po street art, odważny pędzel i płótno z przesłaniem. Wymagająca i dociekliwa, ceniąca to, co niesztampowe. Mieszkanka Stolicy. Anna Zacharzewska.
Ania Kamińska: Czy Stolica lubi sztukę?
Ania Zacharzewska: Aniu, muszę przyznać, że zarówno prezentacją
mojej osoby jak i pierwszym pytaniem zabiłaś mi prawdziwego ćwieka. Co
do opisu mnie, to dalej jest mi chyba do estetyki street-artu niż
sądzisz, choć rzeczywiście nie odżegnuję się od pewnych sympatii. Mają
one jednak bardziej wymiar anarchistyczny - w sensie pełnej akceptacji
dla spontanicznej swobody twórczej i wolności od akademickich konwencji -
niż artystyczny. W pewnym sensie faktycznie bliżej mi do Banksy'go niż
Canalletta, z drugiej jednak strony pamiętaj, że jestem
trzydziestolatką, która kocha się w ubraniach Chanel. Stoję zatem w
rozkroku pomiędzy klasyczną elegancją a nieokiełznaną energią ulicy.
Jeśli te dwie rzeczy ścierają się w sztuce, to zdecydowanie jest ona dla
mnie.
Czy Warszawa lubi sztukę? Myślę, że generalnie wciąż jeszcze mało ją ona
obchodzi. Powodów i dowodów są na to tysiące.
A.K .: Możesz podać kilka?
A.Z. : Sztuka co do zasady jest zabawą elitarną. Wymaga
przygotowania, czasu i pieniędzy. Wystarczy, że braknie jednego z tych
trzech elementów a jej odbiór staje się może nie niemożliwy, ale z
pewnością trudny. Myślę, że polskie realia nie odbiegają w tym zakresie
od standardów światowych; wystarczy poczytać Bourdieu, by przekonać się,
że nie jesteśmy odosobnieni. Z pewnością natomiast polska otwartość na
awangardę odbiega od średniej europejskiej, co dla mnie osobiście jest
dość dotkliwe.
A.K. : Jak to jest z tą elitarnością sztuki? Piotr Bazylko i
Krzysztof Masiewicz w „Poradniku kolekcjonera sztuki najnowszej” opisują swoje pierwsze doświadczenia z kupowaniem dzieł sztuki. Piszą o
tym, jak byli onieśmielani przez marszandów i właścicieli galerii, ich
nieco wyniosłym sposobem bycia, zawiłym językiem. Wiem, że podobne
odczucia ma wielu początkujących amatorów sztuki. Czy to swoiste
„wyniesienie sztuki na piedestał” nie dzieje się przypadkiem wbrew woli
jej twórców? Czy ‘nieokiełznana energia ulicy’, jak to trafnie nazwałaś,
nie zmienia się w sztukę niedostępną, zdystansowaną, i w pewnym sensie
elitarną w chwili, w której przekracza próg galerii? Czy to nie
przestrzeń galerii - a nie sama sztuka – onieśmiela odbiorcę?
A.Z. : Myślę, że dotykamy tutaj kilku mechanizmów rynku sztuki.
Przede wszystkim należy pamiętać, że jest to rynek produktów
luksusowych, których marketing wymaga zarówno stosowania odpowiednio
wysokich cen – mających podkreślać unikatowy charakter produktu – jak i
budowania aury ekskluzywności w samym procesie sprzedaży. Tego oczekuje
klient i to – zazwyczaj – stara się zaoferować marszand. Odczuwane przez
początkującego kolekcjonera onieśmielenie nie odbiega w tym wypadku od
tego, jakie towarzyszy wchodzącym po raz pierwszy do butiku Louis
Vuittona czy salonu Ferrari. Klient musi natomiast pamiętać, że
odgrywany przez marszanda spektakl nie ma na celu zniechęcenie nabywcy,
ale zaspokojenie jego ego. W efekcie wszyscy bowiem wygrywają; artysta i
galeria – wystawiając prace po wyższych cenach, kolekcjoner – uzyskując
przeświadczenie o niezwykłości dokonanego zakupu. Wszystko to dotyczy
oczywiście klasycznie rozumianego rynku sztuki – opierającego się na
sprzedaży aukcyjnej i galeryjnej. Rozwój galerii internetowych oraz
pojawiające się coraz liczniej autorskie strony www artystów
doprowadzają do coraz większej demokratyzacji sztuki i – w pewnym sensie
– odzierają ją z sakralności. Z jednej strony jest to oczywiście proces
pozytywny, z drugiej – przyjemniej wydaje się pieniądze w salonie
Mercedesa niż na giełdzie samochodowej we Włoszczowej.
Jeśli natomiast chodzi o powołany przez Ciebie „Przewodnik
kolekcjonera...” to osobiście uważam, że jest on znacznie bardziej
szkodliwy niż największe zadęcie galerzystów.
A.K. : Szkodliwy? Dla kogo – i dlaczego?
A.Z. : Przede wszystkim „Przewodnik...” nie wychodzi poza
ulubione przez kuratorów i marszandów nazwiska. Przewodnikowa top lista
jest de facto zbiorem tych artystów, których reprezentują wypowiadający
się na łamach książki galerzyści i których kuratorzy zdecydowali się
pokazać na organizowanych przez siebie wystawach. W efekcie obiektywizm
publikacji kuleje, a czytelnik może dojść do przekonania, że jeśli ma w
swej kolekcji coś spoza tego „jedynie słusznego” worka, to wykazał się
totalnym brakiem dobrego smaku i inwestycyjnego wyczucia. Tymczasem na
liście znajdują się artyści, których prace albo zwyczajnie nie nadają
się do prywatnych kolekcji – jak choćby twórcy prac wideo czy
performerzy – albo zdążyły się już, w sensie artystycznym, przeżyć – np.
przedstawiciele sztuki krytycznej.
Gdyby autorzy nie nazwali swojej publikacji „Przewodnikiem
kolekcjonera...” ale „Subiektywnym przeglądem sztuki najnowszej”, jej
odbiór byłby zupełnie inny. Stało się jednak inaczej i poszkodowani są
wszyscy – od samych autorów, których posądzać można o brak zrozumienia
co do tego, jak buduje się kolekcje prywatne, przez czytelników aż po
samych artystów. Zwłaszcza tych pominiętych.
A.K .: Aniu, poza kolekcjonowaniem, podziwianiem sztuki w
Internecie i zgłębianiu tajników jej teorii, na pewno lubisz żywy z nią
kontakt. Gdzie chadzasz, by poczuć zapach terpentyny?
A.Z .: Jeśli tylko mam okazję, to do pracowni. Obrazy, których
autorów znam, przemawiają do mnie z zupełnie inną siłą.
A.K .: A od czego zaczęła się Twoja przygoda z kolekcjonowaniem?
Opowiesz o swojej kolekcji?
A.Z. : Szczerze mówiąc zaczęła się od przeprowadzki. Porozwodowy
dom został sprzedany a w nowym wszystko musiało być... nowe [śmiech].
To co na ścianach również. Zresztą, to co pasowało w poprzednim wnętrzu
tu okazało się nie tylko „zużyte moralnie”, ale przede wszystkim za
małe. W tym najbardziej dosłownym znaczeniu. Wielkie przestrzenie
wymagały wielkich formatów a corbusierowski styl domu zachęcał do
pójścia w kierunku wyrazistej estetyki typowej dla młodych twórców.
Zabawne było to, że najpierw ściany zapełniać zaczęły kobiety. Potem
przyszła refleksja i powoli zaczęli pojawiać się mężczyźni. Zawsze
palący papierosy [śmiech].
Zapewne mocno rozczaruje Cię moja odpowiedź, ale nigdy nie wybrałam
obrazu ze względu na pozycjonowanie artysty w jedynie słusznym
„Przewodniku...”. Jedynym wyznacznikiem był mój własny gust i pozytywna
odpowiedź na pytanie, czy na pewno będę chciała patrzeć na jakieś płótno
dłużej niż jeden dzień. Czy nie zmęczy mnie ono, gdy zostanie już
lokatorem. Czy nie będzie generować niepokoju i zaburzać estetyki
wnętrza. I chyba były to dobre kryteria, bo jak dotąd żaden z obrazów
nie trafił na strych... [śmiech]
A.K. : Czy – jako osoba aktywnie zanurzająca się w świecie
sztuki współczesnej – zauważasz nowe trendy na polskim rynku?
A.Z .: Szczerze mówiąc nie odważyłabym się dokonywać
jakichkolwiek podziałów. Trendy mają zresztą to do siebie, że
najwyraźniejsze są w swojej fazie schyłkowej. Jedyne, co z pewnością
można powiedzieć, to że polska sztuka stopniowo dogania światową.
Przeszła już fazę zainteresowania brzydotą, jako niewykorzystanym
wcześniej obszarem inspiracji, i powoli dorasta do skrajnego
konceptualizmu. Widać to wyraźnie w pracach najmodniejszych polskich
twórców; warsztat i unikalny charakter dzieła mają coraz mniejsze
znaczenie. Istotny jest pomysł. Niekoniecznie ładny czy innowacyjny.
Ważne by zrealizowany po raz pierwszy.
A.K. : Czy masz swoich faworytów wśród twórców wystawiających w
Touch of Art?
A.Z. : Oczywiście! Moim niekwestionowanym Numero Uno jest
Krzysztof Musiał . Obecnie mam dwa jego obrazy: „Z papierosem” –
stworzony na Biennale Sztuki Młodych „Rybie Oko” oraz „Papieros” z cyklu
Fragmenty. Oba płótna są autoportretami Krzysztofa i na obu celebrowany
jest magiczny moment pierwszego zaciągnięcia się papierosem. Błysk
zapalniczki, pierwsze akordy smaku na języku, odchylenie głowy w
oczekiwaniu aż dym dotrze w najskrytsze zakamarki płuc i uspokojenie
wydechu. To oczywiście magia zrozumiała wyłącznie dla palaczy, ale tak
się akurat składa, że dzielimy z Musiałem ten paskudny nałóg [śmiech].
Zresztą, drugi z obrazów powstał niejako pod moim wpływem. W okresie,
gdy bardzo brakowało mi rzuconych właśnie papierosów i fantazjowanie o
nich zajmowało większą część dnia, rozmawiałam z Krzysztofem o poetyce
palenia. On palił a ja snułam wizje na jawie zajadając tęsknotę
wszystkim, co znalazłam w lodówce [śmiech]. W efekcie powstał
„Papieros”. Mój narzeczony kupił obraz od Krzysztofa zanim farba zdołała
wyschnąć. Mam wrażenie, że wtedy po raz pierwszy zrozumiał, jakim
wyrzeczeniem jest dla mnie odstawienie papierosów. I że w moim paleniu
nie chodzi o wyłącznie o nikotynę...
Wracając jednak do Musiała; jest nie tylko znakomitym malarzem, ale
przede wszystkim niezwykle błyskotliwym rozmówcą, o wielkiej wrażliwości
i tak zwanym „sexy mind”. Jego obrazy są dla mnie jak książki
Dostojewskiego. Łączą w sobie romantyzm z intelektem. Tęsknotę i
idealizm z hedonizmem. Delikatność z brutalnością. Są po prostu
znakomite.
A.K. : Czyli to właśnie Krzysztofa Musiała zabrałabyś ze sobą na
„bezludną wyspę”?:)
A.Z. : No nie, bez przesady! Na bezludną wyspę zabrałabym
narzeczonego! [śmiech]
A.K. Czego życzysz polskiemu rynkowi sztuki?
A.Z. : Genialnych artystów i zamożnego, wykształconego
społeczeństwa, którego potrzeby estetyczne będą wykraczać poza
stylistykę telewizyjnego serialu.
A.K. Dziękuję Ci Aniu za rozmowę!:)
10 czerwca 2010













